Z każdej strony gospodarki - osobiste opinie, nie stanowią rekomendacji do inwestycji

Oszustwa, naciągacze

sobota, 09 lutego 2019
W tym tygodniu mieliśmy Dzień Bezpiecznego Internetu. Z tej okazji chciałbym poruszyć temat bezpiecznych i udanych zakupów.

Wiele osób przyzwyczaiło się do kupowania w sieci na tyle, ze nie sprawdza regulaminu sklepu. Ba, nawet nie wie, ze to ważne, bo któż-by czytał regulaminy sklepów "w realu", będąc w galerii handlowej? Jakby z domysłu uważamy, że sklepy te działają na bazie prawa polskiego i respektują prawa konsumenta. Czytać takie nudziarstwo napisane zawiłym językiem?

W sieci jednak jest inaczej niż w galerii i niczego nie można być pewnym. Przede wszystkim, nie jest pewne, że sklep internetowy w domenie .pl jest sklepem polskim. Istnieje szereg zagranicznych sklepów zarejestrowanych w domenie .pl, a część z nich rejestruje się przez pośredników, aby pozostać w pełni anonimowe. I właśnie ta anonimizacja jest czynnikiem, który zwraca moją uwagę. Nie jest ona przypadkowa i nader rzadko wynika ze skromności. Sklepy, które ukrywają swojego właściciela, trudno pozwać, bo nie wiadomo, z kim jest się w sporze. A to prowadzi do wniosku, że unikanie sporów jest bardzo ważne dla sklepu, czyli że ich biznes właśnie często do sporu prowadzi, co od razu budzi podejrzenia o nierzetelność. Podanie adresu i właściciela sklepu spoza Polski może być także powodem kłopotów, o których piszę niżej.

Podzielę się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniami związanymi ze sprawdzeniem paru prostych elementów sklepowego regulaminu, przede wszystkim informacji o właścicielu i adresie prowadzonej działalności. Wielokrotnie miałem do czynienia z klientami i klientkami opisującymi kłopoty, których można by uniknąć, gdyby sprawdzić choćby te informacje. A powinny być one zawarte w regulaminie, czasem występują również na stronie kontaktowej.

Całkowity brak tych informacji często zbiega się z nierzetelnym traktowaniem klienta. Zwykle brak adresu i nazwy powiązany jest z problemami ze zwrotami produktów. Czasem taki sklep w regulaminie napisze, że w razie reklamacji prosi o kontakt i poda adres zwrotu. Nie bądźcie zaskoczeni, gdy okaże się, że jest to adres daleko poza Polską, a wysyłkę należy wykonać na własny koszt. Temu własnie często służy anonimizacja: zamiataniu reklamacji pod dywan i sprzedaży produktów, które nader często reklamacji by potrzebowały (zła jakość, rozmiar, inny wygląd itd.). Co więcej, wielokrotnie przekonywałem się, że sklepy w takich wypadkach cenzurowały opinie klientów publikowane na stronach artykułów - brak negatywów, przesłodzony pozytywny obraz, a na forach i portalach społecznościowych wrze.

A propos, spotkałem się także z opinią, że nieuczciwe sklepy nie mają profili w portalach społecznościowych. Jest to ewidentna bzdura, bo Facebook jak najbardziej pozwala reklamować się dowolnemu sklepowi bez jakiegokolwiek uwiarygodnienia. Do tego taki sklep może usuwać niepochlebne komentarze, stosować także inne triki, o jakich wspomniałem w innym wpisie TU.

Przy okazji sprawdzania właściciela może okazać się, że regulamin wcale nie jest po polsku albo napisany jest językiem potłuczonym w automatycznym tłumaczeniu tak bardzo, że nic nie da się zrozumieć. To kolejny sygnał ostrzegawczy: komuś nie zależy, byś rozumiał swoje prawa.

Nawet jeśli adres sklepu i właściciel jest podany, to nie oznacza braku kłopotów. Może być to adres poza Polską: w Czechach, Anglii, a nawet np. Kanadzie czy Hong Kongu. Różnica w każdym z tych przypadków jest olbrzymia. O ile mamy jeszcze jakieś szanse na dochodzenie swoich praw konsumenckich w Unii Europejskiej, to trzeba być świadomym, że w każdym kraju wygląda to inaczej. Odsyłanie towaru do Czech to nie tylko utrudnienie - poniesiemy koszt wysyłki i przelewu zwrotnego, na co prawo w Polsce nie pozwala. Brytyjski sklep z reguły również nie zwróci nam kosztów transportu zwracanego towaru, a z racji odległości mogą być one o wiele większe. Już wkrótce, po Brexit, prawo Wielkiej Brytanii może się jeszcze głębiej zmienić. W Kanadzie nie mamy jako konsumenci praktycznie żadnych praw poza zasadami, jakie wskaże sam sklep, a to może oznaczać brak zwrotów pieniędzy (za to np. wymiana towaru do skutku, nawet w nieskończoność). Chińskie sklepy proponują zamiast zwrotu (byłby na nasz koszt i trwał miesiące) rabat na kolejne zakupy lub przysłanie innego towaru. Szczegółowe warunki zwrotów także powinny być opisane w regulaminie. Zgodnie z polskim prawem przysługuje nam 14 dni od otrzymania towaru na odstąpienie od umowy i zwrot, którego koszty (w najtańszej możliwej wersji) ponosi sprzedawca.

Oczywiście zdarzały się już przypadki, gdy sklep internetowy podawał nieprawdziwe dane właściciela. Dlatego lepiej omijać sklepy nie mające wiarygodnych opinii i nieznane nikomu z Twojego kręgu znajomych. Nie można nawet zaufać opiniom na forach, gdyż coraz częściej dochodzi na nich do manipulacji, której dokonują same sklepy, pisząc lipne opinie jako forumowicze.

Co jeszcze warto sprawdzić w regulaminie? Maksymalny deklarowany czas dostarczenia towaru. Długi czas (50-60 dni) oznacza zwykle, że towar zostanie dostarczony z Chin czy innego azjatyckiego kraju. A to z kolei oznacza, że sami możemy poszukać go, wyszukując obrazem, w tychże krajach i mamy szansę znalezienia taniej. Jeśli sklep należy do europejskiego właściciela, to tak długa wysyłka niemal zawsze oznacza, że jest to sklep dropshippingowy. O sklepach tego typu i wyszukiwaniu towaru pisałem już na blogu TUTAJ. Właśnie takie biznesy nazywają się w regulaminie często "pośrednikami". Towar wysyłany jest zwykle od dostawcy z Aliexpress, która to zresztą platforma wielokrotnie okazywała się bardziej uczciwa niż "polski sklep".

Na koniec jako ćwiczenie proponuję moim Czytelnikom zerknięcie do regulaminu sklepu internetowego w którym jeszcze nie kupowali, a sklep kusił swoją atrakcyjnością, i sprawdzenie ww. szczegółów. Po sprawdzeniu kilku regulaminów dojdziecie do wprawy w szybkim ustaleniu ww. informacji, a może i dokonacie zaskakujących odkryć. Jeśli nie znacie sklepu, zawsze zacznijcie od sprawdzenia regulaminu.

sobota, 24 listopada 2018
Kotłownia (ang. boiler room) to firma kreująca gorącą atmosferę wokół wybranych instrumentów finansowych w celu osiągnięcia korzyści; stosuje psychologiczne triki, by skłonić klienta do zawarcia transakcji.

Długo zbierałem się do tej recenzji. Jestem właściwie fanem artykułów o kotłowniach Mateusza Ratajczaka, autora tytułowej pozycji. To one uświadomiły mi, że niemal ocieram się o kotłownie powstałą w okolicy. Sam również drążyłem temat pochodzenia tych firm i ich metod działania. Można więc powiedzieć, że mogę porównać swoje skromne dochodzenie do ustaleń z niesamowitego wyczynu, jakiego dokonał Mateusz. Nie ukrywam, szukałem wręcz punktów wspólnych w obu sprawach. Nie sposób jednak opowiedzieć o książce, nie zdradzając choć części jej zawartości, jeśli więc jesteście fanami jak ja, lepiej przerwijcie czytanie tutaj. Uwaga, będzie lekki spojler. ​

Już na początku mamy mocny akcent i zarazem zaskoczenie, za sprawą osoby, która wystąpiła w programie Jacka Łęskiego "Chodzi o pieniądze". Występujący w programie mężczyzna był pracownikiem kotłowni. W książce opowiada on o perypetiach związanych z tym, że technicy TVP nie dość dobrze ukryli jego tożsamość i został rozpoznany. Co się stało i z jakim finałem - przeczytajcie sami.

Dalej autor opisuje swoją wielkiej przygodę: jak sam zatrudnił się w kotłowni i co działo się wewnątrz niej. To luźniejsza, spokojniejsza tempem, ale i bardziej szczegółowa wersja reportażu znanego nam z money.pl. Akcja tu toczy się znacznie wolniej, jednak nie jest to opis w pełni chronologiczny. Więcej natomiast dowiadujemy się o atmosferze w środku, codziennych zadaniach, szkoleniach, o zwyczajach, o szefostwu, rozmowach z klientami. Mimo ryzyka, dziennikarz zachował zimną krew i przez kilkanaście dni zebrał ciekawy materiał. O wybrykach w kotłowni jest cały rozdział, gdzie znajdziecie m.in. słynny "nagi spacer". Autor dochodzi, kim była tajemnicza dziewczyna i co ją zmotywowało do odarcia się z godności. Są i inne, mniej znane, choć bulwersujące wydarzenia, których wspólnym mianownikiem jest pogarda dla drugiego człowieka. Mając za sobą własne dochodzenie, nie byłem tu specjalnie zaskoczony; mógłbym dołożyć jeszcze parę szczegółów z życia managerów. Byłbym rozczarowany, gdyby był to koniec.

Ale tak nie jest. Swobodniejsza narracja i opis wydarzeń ma swój cel. Książka wyraźnie kładzie nacisk na aspekty psychologiczne, zarówno dotyczące działań naciągaczy, jak i ich ofiar. Potwierdzeniem tego są kolejne rozdziały, zawierające wywiady-rzeki z dwoma psychologami. Pierwszy, na temat manipulacji, wydał mi się nieco rozwlekły, ale drugi, traktujący o kłamstwie, żywo zainteresował. Padają w nim ważne stwierdzenia, jak nie dać się oszukiwać i jak wykrywać kłamstwo. W całej opowieści mamy sporo urywków scenariuszy, jakimi się posługiwano przy oszustwie, są także ilustracje - dokumenty kotłowni. Autor drąży temat psychologii postępowania sprawców, przyczyn, dla których dajemy się nabrać i sposobu myślenia obu stron. Rozmawia zarówno z byłymi pracownikami, jak i ich klientami. Czy żałują tego, co się stało, jak oceniają te wydarzenia? W istocie, jak sam dziennikarz stwierdza, to nie jest książka o foreksie czy kryminał o tropieniu oszustów. To książka o naciągaczach, która głęboko jak żadna inna stara się dociec natury ich sukcesu.

Jest to niejako wymówka, by w całość wpleść jeszcze jedną historię. Dziennikarz zetknął się z celebrytą inwestorów, Gregiem Seckersem, sprzedającym szkolenia. To kolejna dość szczegółowa opowieść o tym, jak wykorzystywana jest chciwość. Przytacza też kilka innych przykładów, w tym nie znaną mi wcześniej aferę ziemniaczaną, krajowy ewenement z humorystycznym akcentem.

Ale wróćmy do kotłowni, tak jak wraca i książka. Narracja opowiada o dalszym śledztwie wokół foreksowych firm i o ustaleniach prokuratury: w całej tej historii są cztery takie firmy, dwie to kotłownie, dwie to cypryjskie platformy forex. Tu nie ma niewiniątek: każda strona ponosi jakąś odpowiedzialność za naciąganie klientów. Nie ma też niewinnych wśród pracowników, a szczególnie managerów w kotłowniach. Zacierają ślady, kluczą, bezczelnie kłamią, a nawet atakują... i tu dochodzimy do wspólnych wątków w mojej historii i tej książkowej.

Obaj opisaliśmy inne firmy, Mateusz trafił na kotłownie izraelskie, ja na czeskie. Skąd tu firmy izraelskie? Oddam głos lekturze: " [...] Izrael jest ojczyzną wielu takich cwaniaków. Dlaczego? Kraj się błyskawicznie rozwinął, stanowi istotne centrum finansów na globalnej mapie". Wybrali Polskę z konkretnego powodu. "Przestępcy lubią kraje, które mają subtelne luki w prawie, ale nie takie pogrążone w chaosie czy niebezpieczne. [...] Potrzebowali kraju, który się rozwija, w którym ludzie się bogacą, który ma podstawowe przepisy prawa. Ale w którym część zapisów jest martwa, nie działa, organy mają inne zmartwienia lub są łatwe do przekupienia." W każdym z tych przypadków stosowano wiele podobnych trików: budowano pokrętną siatkę firm, ukrywano ich nazwę, podobnie traktowano pracowników. Co ciekawe, izraelskie kotłownie korzystały z listy telefonów pochodzących jeszcze z Bohemii IZ, jednej z pierwszych czeskich firm tego typu w Polsce i uchodziła ona za wzór! Wniosek - personalnie szefowie firm musieli się znać, mieć kontakty. W ostatnich zatrzymaniach ponownie pojawił się obywatel Izraela. Cofając się w czasie, dziennikarz dochodzi do podobnych wniosków jak ja, wskazując na Affin Brokers jako prapoczątek tego przekrętu (odcinek pierwszy Historii). Być może trafił na mojego bloga - a na pewno trafił na czeskie artykuły na ten temat. Wspomina też nagranie wideo, które ja również umieściłem we wpisie o Global Markets.

Inny wspólny wątek to historia ofiary oszustów, która nie daje za wygraną. Tu pojawia się starcie z prawnikami, stojącymi po stronie naciągaczy. "Tak zwykle bywa, że przy podejrzanych o przekręty finansowe pojawiają się drodzy prawnicy.​" Zgadnijcie kto to? Chodzi o tę samą kancelarię, która wysuwała roszczenia Safecap do reprezentanta poszkodowanych. Miałem wręcz wrażenie, że czytam kalkę historii, jakiej sam wysłuchałem i opisałem w odcinku 6. Kancelaria, a potem przecież i sąd, który poprzez uznanie roszczenia niejako osłania przestępczą działalność - czy jakąś odpowiedzialność w ogóle poniesie?

​Mateusz podkreśla, co zgadza się moim doświadczeniem, jak trudne jest śledztwo i jakie opory napotyka. Gangi paliwowe i podatkowe to przy sprawach naciągaczy łatwizna. Poplątane sprawy, nazwy, zapierający się ludzie, rozumienie instrumentów finansowych, prawa - to wszystko jest barierą, jaką udało się pokonać w tym wypadku, a w ilu innych nie? "Prokuratura często umarza postępowania. Te, które dotyczą internetu, są nam uwalane w 90 procentach". Niech to zdanie będzie ostrzeżeniem. Przestępcy wyprzedzają przepisy, korzystają z dziur, którymi wycieka gotówka. I chyba nie przestanie, bo pomysłowość ludzka nie ma granic. "Jedyny sposób na bezpieczeństwo? Nie podawać ręki naciągaczom. Nie reagować na telefony, przerywać rozmowy." Ja też blokuję telefony.

Podsumowując, ta książka to nie kryminał, choć jej bohaterowie trafiają do kryminału; nie jest też kondensatem sensacji w tej mierze, co artykuły na money.pl. Ale to jedna z nielicznych i najlepsza jak dotąd pozycja analizująca sposoby i naturę naciągaczy oraz czułe punkty ich ofiar. Czyli nasze - więc właściwie jest to lektura dla każdego inwestora.

czwartek, 08 listopada 2018
Latem 2017 roku opisywałem w odcinkach Historię czeskich kotłowni. Kotłownia (ang. boiler room) to firma kreująca gorącą atmosferę wokół wybranych instrumentów finansowych w celu osiągnięcia korzyści; stosuje psychologiczne triki, by skłonić klienta do zawarcia transakcji. Jeśli przeczytacie wszystkie odcinki moich wpisów, zrozumiecie, jaki był udział obywateli Czech w tej dziedzinie. Nietrudno domyśleć się, że oszukańcza działalność nie może dobrze się skończyć.

Koniec ten zajął jednak mnóstwo czasu. Podobno śledztwo toczyło się dwa lata, a jeszcze przed nim kotłownie funkcjonowały dość długo, jak możecie wyczytać w mojej Historii. Dziś informacja w prasie o zatrzymaniu 19 osób oskarżonych o oszustwa na 18 mln zł. Co ustaliła prokuratura: "zatrzymani działali w ramach podmiotu zarejestrowanego na Cyprze posiadającego oddział z siedzibą w Warszawie, a także spółek Gonoma Finance sp. z.o.o., Sonoma Polska sp. z.o.o., GKFX Financial Services sp. z.o.o., Seremar sp. z o.o. , Covederal Holdings Limited sp. z.o.o. i innych. " - komentuje prokuratura.[...] W toku śledztwa ustalono, że obywatele Czech pod postacią wielu fikcyjnych spółek zakładanych przez obywateli polskich jak i obcokrajowców, zawierali umowy o współpracy z podmiotami prowadzącymi działalność w zakresie prowadzenia platform inwestycyjnych (keystock.com, GKFX, Varengold, Globtrex i innych).[...] Pieniądze wpłacane przez „inwestorów” na rachunki spółek były, bez inwestowania, transferowane za granicę, m.in. do podmiotów w Hong Kongu, Wielkiej Brytanii, Czechach, na Wyspach Marshalla i innych krajach. Telefoniści za zwerbowanie osób, które decydowały się „zainwestować” środki otrzymywali wysokie prowizje, rzędu kilkudziesięciu procent od dokonanej przez „inwestora” wpłaty. ". Dłuższy tekst jako jeden z pierwszych pojawił się na tvp.info.

Czuję, że wkrótce poznamy jeszcze więcej faktów na temat funkcjonowania tej grupy naciągaczy. Na stronach CBŚP dowiadujemy się, że wśród zatrzymanych są nie tylko Czesi ale też jeden Izraelczyk i prawdopodobnie Polacy. Jest też kilka zdjęć. Spółki wymienione przez prokuraturę od dawna są na liście KNF. Ostatnie dopisanie czeskich i pokrewnych kotłowni miało miejsce w marcu 2018 r.

piątek, 27 lipca 2018
Facebook jest świetnym narzędziem reklamy, ale równocześnie - narzędziem oszustwa. Powiedziałby ktoś, że to niczym go nie wyróżnia od ​innych stron z reklamami czy narzędzi, które mogą zarówno czynić przysługę, jak i krzywdę. Jest jednak coś specyficznego w tym, na jak wiele pozwala FB przy skali jego działania i jakie zaufanie wzbudza. Zupełnie bez podstaw; w tekście poniżej linkuję liczne artykuły opisujące szczegółowo przykładowe zagrożenia.

Zacznijmy od tego, że na FB stronę może założyć każdy, pozostając przy tym anonimowy dla pozostałych użytkowników. To może być strona naśladująca strony firmowe, ale z żadną firma nie związana. Tak własnie działają fałszywe konkursy, które pojawiają się nawet kilka razy dziennie. Dzięki reklamie - czy to na FB, czy poza nim - zyskują sobie rozgłos i są w stanie paru godzin przyciągnąć kilka tysięcy naiwnych osób. Wszak firmy robią konkursy i promocje - to osłabia czujność. Takie profile można rozpoznać: krótka historia, niezbyt wyszukane słownictwo, powtarzane frazy, nastawienie na szybkie wyłudzenie (danych albo i pieniędzy). O konkursach pisze Zaufana Trzecia Strona oraz stop-oszustom.pl. "Konkurs" to często jedynie zaproszenie do wysyłania płatnych SMS, wyłudzenia danych logowania do banku, a co najmniej polubień i danych osobowych. Skala zjawiska spowodowała powstawanie grup wolontariuszy oznaczających fałszywe strony celem ich zablokowania. Mechanizm ten działa coraz lepiej, ale przestępcy nie odpuszczają.

Messenger Facebooka to także narzędzie ataków na konta osób poprzez wyłudzenie hasła. Obdarzamy ten serwis zbyt dużym zaufaniem i przywiązujemy wagę do like'ów , zdjęć itp. informacji w tej samej mierze, jak ze świata rzeczywistego. A przestępcy wykorzystują to. Jeśli jest coś, co nas niepokoi, dlaczego nie zweryfikować informacji innym kanałem, np. dzwoniąc do znajomego, albo choć komunikatorem spoza FB? To uchroniłoby przed wieloma kłopotami, bo nader często wykradane są konta jako środek do dalszych wyłudzeń.

Inny psychologiczny trik wykorzystuje fakt, jak chętnie toczymy dyskusje. Wrzucenie kontrowersyjnego tematu to nie tylko kliki, ale i znowu okazja do wyłudzenia SMS. W podobny sposób mogą działać materiały zdjęciowe, odsyłacze na strony sugerujące instalowanie dodatków, logowanie itp.

Facebook pozwala łatwo przedstawić konkretny stronę/profil jako firmę. Trochę marketingu, gustownych wpisów na osłodę obrazu i budowane jest zaufanie do takiej strony. A my mamy szczególne zaufanie do firm, wierząc, że podlegają prawu. Tymczasem powstaje wiele stron pseudo-sklepów nie mających żadnego oparcia w prawie, nie rejestrowanych, nie płacących podatków. Często są to butiki, ale zdarzają się też oferty z biżuterią czy drobiazgami. Niedawno natrafiłem na sklep, którego model działania wskazywał na pokątny handel podróbkami zegarków - generalnie podróbki z Chin to temat-rzeka. Znalezienie tych biznesów jest łatwe, ich niechęć do jawnego wskazywania ceny, lokalizacji, wystawianie faktur powinien być ostrzeżeniem i od razu zniechęcać. Tak nie jest - zaślepieni "okazją" i "łowieniem" wirtualnego zysku dajemy się oszukać. FB odcina kupony od reklam tych przybytków, bo pochodzenie pieniędzy jest mu obojętne.

Są też na FB firmy zarejestrowane, ale nieuczciwe. W tej grupie dość często napotykam firmy dropshippingowe, o których już raz pisałem. Bazowanie na fałszywych sugestiach to jedna z ich metod działania. Może być to np. skojarzenie firmy z krajem poprzez adres strony czy nazwę profilu, w celu wywołania złudnego wrażenia, że mamy do czynienia z firmą lokalną. Np. słowo Polska w nazwie wcale nie musi oznaczać firmy polskiej, jedynie ma określać sklep w domenie .pl, którego właścicielem może być firma na antypodach. Działalność firmy może polegać na oferowaniu przedmiotów, których jakość i wygląd mocno odbiega od opisu. Właściciel strony z ofertami ma prawo do kasowania wszelkich komentarzy, wiec negatywne głosy klientów są usuwane, a oni sami - blokowani. Tworzy się w ten sposób przesłodzony obraz marketingowy z fałszywymi opiniami, którego ciężko szukać w innych mediach społecznościowych. Zauważyłem, że sklepy unikają jak ognia wskazywania, że wysyłka przedmiotu potrwa z Chin tygodnie, a nawet miesiące, zaś dane klienta zostaną przekazane firmie trzeciej (sklep w Chinach) ze złamaniem zasad RODO. Nawiasem mówiąc, nie znalazłem sklepu dropshippingowego, który by te zasady spełniał. Ale po co spełniać? Przeniesienie firmy poza UE traktowane jest jako zwolnienie od wszelkich unijnych zasad i praw konsumenta, w tym prawa do zwrotu towaru i reklamacji. A że klienci nie rozumieją regulaminów sklepów i niechętnie je czytają, a Facebook nie wymaga żadnych informacji i dokumentów od firm, to skala tych nadużyć jest ogromna.

Ba, konstruując sprawny mechanizm naciągania czy wyłudzenia w jednym kraju można zastosować go w innym. I tu Facebook wspiera przestępców, bo umożliwia terytorialne ograniczenie ofert - nie dowiemy się o bliźniaczej stronie-firmie w sąsiednim kraju, nie znajdziemy jej wyszukiwarką Facebooka i nie zdołamy ostrzec nikogo poza granicami przed takim zagrożeniem. Każdy ma widzieć to, co FB chce, by było widziane i ukrywać to, co utrudnia proces sprzedaży. Tu Facebook zdradza swoją antyspołecznościową w istocie naturę: ludziom utrudnia się ostrzeganie przed drapieżnymi i nieuczciwymi biznesami.

Jak wspomniałem wcześniej Facebook dostarcza opcji, by oznaczać fałszywe strony i oszukańcze wpisy, ale jak dotąd nie był skuteczny w walce nawet z oczywistymi przypadkami: profile i lipne konkursy są często aktywne przez wiele godzin po zgłoszeniu, mimo powtarzalności takich akcji. Brakuje też mechanizmów automatycznych zapobiegania powtórnym próbom wyłudzenia. Z kolei sklepy, o których piszę powyżej, działają całymi latami bezkarnie. Sądzę, że dzieje się tak z prostego powodu - zyski z reklam i sprzedaży są na pierwszym miejscu. Może dlatego też koślawo przebiega współpraca z Policją i nader często dochodzi do umorzeń śledztwa; niemoc w tym temacie prowadzi do zaskakującej spychologii . Pozostaje samoobrona i walka z naiwnością, jaka cechuje tłumy ofiar.

piątek, 09 lutego 2018

W kwestii przeznaczenia 1% podatku nie zmieniłem zdania z poprzedniego roku. W tym roku apeluję, by bacznie przyjrzeć się podmiotom, które chcemy wspomóc - w ten czy inny sposób. W szczególności warto zadać sobie pytania: czy dana organizacja publikuje jasne informacje o rozliczeniu zebranych środków? czy przynajmniej połowa z pieniędzy trafiła do potrzebujących czy w cele, jakim organizacja się zajmuje?

Odpowiedź negatywna na te pytania skłania mnie do zmiany decyzji w kwestii pomocy. A jak znaleźć odpowiedź? wystarczy kilka minut, by w wyszukiwarce z nazwą organizacji i słowami "sprawozdanie finansowe" znaleźć dokumenty. Jako przykład przedstawię fundację 'Miej Serce" z Rybnika. Fundacja ta jest znana z akcji ulotkowych, do których dodawano lizaka. Ten dodatek sugerował z jednej strony, że należy się odwzajemnić, z drugiej nasuwał wiele pytań i wątpliwości . W ulotce fundacja prosi o wpłaty na cele rehabilitacyjne dla dzieci wskazując konkretną kwotę. Taka forma spowodowała szereg kontrowersji, poczynając od pytań o spożycie, a skończywszy na legalności.


(źródło: https://www.wykop.pl/wpis/17520015/dzisiaj-w-skrzynce-na-listy-dostalem-dziwna-kopert/ )

Fundacja działa legalnie, lizaki da się zjeść, ale to nie koniec zastrzeżeń internautów, którzy zauważyli, że większość kosztów fundacji to ulotki (także TUTAJ oraz TUTAJ). Smaczku sprawie dodaje fakt, że wśród wątpliwości można doszukać się także faktów związanych z powiązaniami rodzinnymi pomiędzy władzami fundacji a firmą poligraficzną. Fundacja nie przedstawiła nigdy jasnych dowodów, że koszty ulotek nie wędrują właśnie tam.

Portal Moje Państwo pokazuje bilans fundacji za 2016 - nie ma jeszcze danych za 2017 rok. Najciekawsze informacje przynosi dokument 'Informacje uzupełniające'​.

Przyjrzyjmy się bliżej liczbom, przytoczę je w zaokrągleniu. Po stronie przychodów mamy niemal 5,7 mln zł, z czego 4,07 mln to darowizny pieniężne, a 711 tys. to 1% podatku. Nie wątpię, że te 4 mln to głównie darowizny jako skutek akcji z lizakami. Względem roku 2015 przychód rośnie ponad 146% więcej.

Koszty ogólne działań statutowych to 3,35 mln zł. Zajrzyjmy w szczegóły; kwoty pomocy wymienia dokument informacji uzupełniających. Koszty "działań na rzecz niepełnosprawnych" to 376,5 tys. zł , a koszty pomocy potrzebującym 51 tys. zł - razem mniej niż 8% zebranej kwoty i nieco ponad połowa z samej zbiórki 1%. Podobnie było rok wcześniej, gdy te koszty były ok 90 tys. zł wg informacji dodatkowych i 279 tys. zł wg sprawozdania rocznego (niespójność). Z informacji dostarczonych przez samą fundację wynika, że pomogła ona wówczas kilkudziesięciu osobom, typowo poprzez fundowanie turnusu rehabilitacyjnego, którego koszt się wahał, ale w przybliżeniu można szacować go ok. 1.5 tys zł. Stąd wniosek, że te 90 tys. to własnie jest kwota, jaka trafiła do podopiecznych fundacji w 2015 r.. Sprawozdanie z 2016 r. w ogóle takiej pozycji nie zawiera. Nie mniej jednak Fundacja twierdzi, że w domenie jej działań było 135000 osób (!), nie wskazując podziału na rodzaje działań konkretnie - co po zsumowaniu kwot działań pomocowych z inf. dodatkowych daje średnio jakieś 3 zł 16 gr na osobę.

Ponadto wykazano koszty akcji informacyjnej dot. uzależnień - 16 tys. zł. Koszt organizowania "akcji dobroczynnych" to 2,76 mln zł - co zapewne pokryło koszty akcji ulotkowych; koszt kampanii 1% to 138,8 tys. zł. Koszty administracyjne to 303,7 tys. zł, a dz. gosp. 26,6 tys. zł. Z rachunku zysków dowiadujemy się o, że w kosztach ogólnych zawarte są m. in. wynagrodzenia - 625,5 tyś zł i koszty materiałów i energii - 882 tys. zł. Te liczby są przytłaczająco duże w porównaniu do "działań na rzecz niepełnosprawnych"!

Nie rozliczona, pozostała kwota zysku, odłożona na przyszłość - to ponad 2 mln zł. Podobny manewr wykonano w 2015 r. Fundacja przypomina mi dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo, które większość środków wydaje na siebie, zapewniając sobie przyszłość - zaś reszta, otoczka niesienia pomocy to tylko marketing. Biorąc ten przykład każda firma, nawet z WIG20, która na cele dobroczynne wydaje 5-10%, mogłaby się rejestrować jako taka fundacja!

Zaskakujące jest to, że Polacy ufają fundacjom i wolą pomagać z ich pośrednictwem bardziej, niż bezpośrednio. A przecież pomoc bezpośrednia trafiałaby do potrzebujących w 100%, a nie w 8%. Do tego fundujemy sobie zalewanie kraju ulotkami z lizakami. Dlaczego zamiast wpłacać pieniądze nieznanym fundacjom nie damy parę złotych do kieszeni sąsiadce-matce chorego dziecka, staruszkowi z bloku albo schronisku w okolicy? Dlaczego można w ogóle założyć OPP z tak skandalicznymi kosztami w stosunku do realnej pomocy?

Apeluję do moich Czytelników: wybierajcie OPP na 1% ostrożniej i tak, by jak najwięcej Waszych pieniędzy trafiało na cel, o jaki Wam chodzi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Opinie na blogu nie stanowią rekomendacji inwestycyjnej.