Z każdej strony gospodarki - osobiste opinie, nie stanowią rekomendacji do inwestycji
niedziela, 15 stycznia 2017
Już koniec 2016 roku wskazywał na odbicie inflacji, szczególnie w kategoriach:transport i żywność. Spodziewam się dalszego wzrostu inflacji. Przyczyn jest co najmniej kilka: rosnące stawki OC, których cena odbije się także na transporcie, a to składowa wielu towarów i usług. a przecież OC dalej rośnie, są też szanse na wzrost cen paliw. Podniesiono płacę minimalną aż o 150 zł, ponad 8%, to kwoty 2000 zł. Podniesiono także stawkę godzinową dla umów-zleceń do 13 zł, dodają obostrzenia uniemożliwiające niższe płace. To niebagatelna zmiana. Skutek tych podwyżek już odczuwamy w cenach usług, a wkrótce towarów. Rosną ceny za sprzątanie, ochronę, dozór, płace sprzedawców. Drożeje basen i lodowisko - nawet 10%. Wypatruję już podwyżek w dyskontach. Już sam program 500+ spowodował wyższe oczekiwania pracowników, zmniejszył motywacje, a co będzie teraz? Nie wierzę, by inflacja zatrzymała się poniżej 2%. Dlatego zapewnienia RPP, że stopy procentowe pozostaną nie zmienione w tym roku, wydają mi się nieprofesjonalne. Albo RPP zmieni zdanie, wychodząc na głupków, albo... nic nie zrobi, co doprowadzi do oskubania depozytariuszy i strat banków (nie mogą podwyższać %).

Zwolennicy Dobrej Zmiany z satysfakcją o nowych płacach mówią "niech pracodawcy płacą porządnie, a nie grosze". Tak samo oceniają wpływ programu 500+. Ciekaw jestem, czy równie podobać się im będzie rachunek z basenu czy na zakupach. Sądzę, że chwilę sami zapłacą za te wyższe płace, a realna wartość pieniądza spadnie.

Uważam, że rząd przesadził dyktując aż takie podwyżki płac. Pracodawcy jeszcze latem proponowali płace minimalną 1920 zł, związkowcy 1970 zł. Po co więc przebijać wszystkich? Rząd chciał zyskać na wyższych składkach ZUS, ale chciwość to makro sprawach zły doradca. Nastąpi napędzanie inflacji. Firmy będą chciały kompensować sobie koszty w cenach, mogą też kombinować z ograniczeniem zatrudnienia oraz mniej zapłacą pod stołem, może podniosą oczekiwania wydajności i jakości pracy.

Przyznaję jednak, że uruchomienie inflacji, w sytuacji deflacyjnej, przy jednoczesnym utrzymaniu deficytu w jako takich ryzach jest sprytnym wyczynem. Nawet jeśli za rok inflacja da się we znaki budżetowi, to do tego czasu PKB również powinien wzrosnąć.

Jak bronić się przed inflacją? Hm, można np. zrealizować odkładane zakupy, uprzedzając wzrost cen. Ja już zrezygnowałem z długoterminowych lokat, a także obligacji długoterminowych oraz o stałym oprocentowaniu. Wolę te indeksowane WIBOR-em, który ma większe szanse odzwierciedlić inflację. Wróciłem również z większą śmiałością do akcji. Ponadto kupiłem jednostki funduszu surowcowego, chcąc zabezpieczyć się przed dalszym wzrostem cen paliw. Choć rynek akcyjny już od paru miesięcy daje pozytywne sygnały i rośnie, to sądzę, że to jeszcze nie koniec. Wierzę, że będziemy jeszcze widzieli inflacyjne ożywienie w gospodarce. Mogę się oczywiście mylić, dlatego nie traktujcie tego wpisu jako rekomendacji.

wtorek, 10 stycznia 2017
Stało się - OC dla części kierowców jest wyższe niż wartość samochodu. Choć zwykle nie czytam Faktu, tym razem robię wyjątek, bo podwyżki poczułem na własnej skórze.

Jeszcze rok temu zapłaciłem za OC 355 zł. W połowie roku było to już 455 zł ( w rodzinie jest drugie auto), nie czułem się jednak zaskoczony, bo media przewidywały podwyżki. Jestem kierowcą małych aut i mam sporą zniżkę, spodziewałem się, że to koniec. Parę dni temu oferta Allianz na OC, u agenta, wynosiła ponad 800 zł (!). Ta sama firma wysłała mi też ofertę w grudniu, z ceną 598zł, z której grzecznie skorzystałem. Alternatywy specjalnie lepszej nie było: Link4 chciał 600 zł, Axa ok. 680 zł, PZU 745 zł. Jedyna pociecha, że cena AC pozostała po staremu. Jakie były Wasze oferty?

Nie wiadomo, czy to koniec szaleństwa - 100% w rok. Dlaczego OC drożeje? Przyczyn jest wiele: z winy kierowców - więcej wypadków, wyższe koszty napraw i ceny aut. Do tego pojawił się podatek bankowy, wprowadzony nota bene na finansowanie programu 500+. Tak właśnie przerzuca się koszt szeroko popieranej zmiany na jej beneficjentów ;-). Do tego doszła rekomendacja KNF: firmy ubezpieczeniowe mają zarabiać na OC, a poszkodowani otrzymać nowe korzystne rozwiązania. Oczywiście rządowi w to graj, bo oznacza to wyższe wpływy z PZU i podatku bankowego. Na szczęście nie przywrócono podatku Religi, ale może to się jeszcze stać. OC to dojna krowa...

Nawet dojną krowę można jednak zarżnąć - spodziewam się, że część kierowców na taki szok cenowy nie jest gotowa. Nie ma przed OC ucieczki, jedyną alternatywą jest sprzedaż lub złomowanie auta. Szczególnie młodzi kierowcy mają zaporowe ceny OC, mogą próbować kupować OC ze starszymi kierowcami jako właścicielami/użytkownikami, np. z rodzicami. Jeśli w rodzinie jest więcej aut, można pomyśleć o takiej alternatywie jak motor/motorower albo pojazd typu mikrocar. Nie wątpię, że w tym roku na szrot trafi rekordowa ilość aut.

Jeśli jednak chcemy pozostać z samochodem, to pozostaje jeździć ostrożnie i szukać najtańszego ubezpieczenia przez porównywarki oraz rozmowy z agentami. W tym roku, jak widzicie, trochę tych rozmów u mnie było ;( . W przypadków złych warunków drogowych warto sobie odpuścić podróż lub zdać na inne środki transportu - po co ryzykować?

Wysokie ceny OC mogą być też zachętą, by sprawcy wypierali się wypadku. Dlatego zainwestowałem w kamerkę-rejestrator do samochodu, niemal codziennie nagrywa coś ciekawego.

piątek, 06 stycznia 2017

W tym wpisie zdradzę wiedzę, która z punku widzenia rynku social lending jest bezcenna. Ale może wkrótce być bezwartościowa, bo Ministerstwo Sprawiedliwości chce skasować tę niszę. W wywiadzie udzielonej Gazecie Prawnej minister Warchoł przedstawia swój pogląd na pożyczki prywatne oraz opowiada o szkodowości. Rzecz w tym, że minister ryzyko postrzega jako funkcje zależną od czasu i kwoty. Tymczasem rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona, a główne czynniki ryzyka są inne. Minister sprawiedliwości może o tym nie wiedzieć, przecież nie zna się na tej branży. Mimo to rości sobie prawo do regulacji rynku. A skąd ja wiem o ryzykach?

Byłem aktywnym obserwatorem i użytkownikiem portalu kokos.pl dwa lata. To jeden z największych polskich serwisów social lending. Miałem też praktykę w banku przy ocenie ryzyka kredytowego. Mogę pokusić się o porównanie tych dwóch światów. Doświadczenie to, jak sądzę, w dużej mierze pokazuje sytuację dot. ryzyka w firmach pożyczkowych.

Początkowo myślałem, że metody weryfikacji poznane w banku sprawdzą się w pożyczkach prywatnych. Badanie dokumentów, wyciągów, BIK, itd. Nie sprawdziło się dosłownie nic. Pożyczkobiorcy bardzo często fałszowali dokumenty albo dostarczali takie, które nie pokazywały faktycznego problemu. Generalnie kłamali jak z nut, nie tylko na temat swojej zdolności kredytowej, ale też powodu pożyczki. Byli więc emeryci, którzy pożyczali kilka dni przed zajęciem komorniczym emerytury, fałszerz dowodu osobistego, przedsiębiorca, który następnego dnia zamknął firmę, itd. Ludzie nie boją się oszukiwać, bo nie są karani. Prokuratura często umarza tego typu sprawy sygnalizowane przez osoby prywatne. Co innego, gdy sprawę zgłosi bank; tak wygląda nasza równość wobec prawa. Sprawdzenie BIK i BIG pomagało tylko w skrajnych przypadkach. BIK sprawdzany był tylko w uproszczony sposób: źle/dobrze, bez pełnej historii. Firmy pożyczkowe maja teraz dostęp do szerszej informacji, ale to kosztuje, nie wszystkie chcą ten koszt ponosić. Klient, który przychodzi po pożyczkę, często chce się ratować zanim dojdzie do zdarzenia kredytowego w banku, z reguły wie, że wypadnie pozytywnie.
Próbując swoich sił początkowo popełniłem podobne błędy co red. Samcik, potem jednak zrozumiałem, gdzie jest ryzyko - albo raczej, poznałem gdzie jest niewielkie.

Najryzykowniejsi okazują się nowi pożyczkobiorcy. Dla nich portal kokos.pl ma najwyższe prowizje (obecnie 20%, kiedyś mniej, teraz połowa trafia do pożyczkodawców). Nawet to jednak nie rekompensuje ryzyka, tylko nieliczni otrzymują pożyczkę. Dopiero sprawdzeni parokrotnie pożyczkobiorcy cieszą się zaufaniem i niższymi cenami.

Kluczowe jest więc rozpoznanie, czy klient ma powód, by spłacić pożyczkę, czy jest wiarygodny, czy ma szansę zarobić na dług (może jest np. twórcą, freelancerem, wykonuje inny wolny zawód, handluje, programuje itp.). Spłaci czy nie? Ci którzy chcą spłacić, często walczą o niskie koszty i odsetki. Negocjują. Nie jest to niestety pewna wskazówka, ale zawsze coś.

Druga grupa ryzyka to osoby spłacając jedną pożyczkę następną. Ich zadłużenie rośnie błyskawicznie. Niektórzy z nich spłacają szybko pierwszą pożyczkę, by sięgnąć zaraz po następną, o wiele wyższą. Na portalu istnieją limity kwotowe, na początku nie jest to możliwe. Szczególną odmianą takich dłużników jest grupa przerzucająca dług z jednej instytucji do następnej. Ich zadłużenie rośnie, ale przez dłuższy czas można się nie połapać, bo pożyczki spłacane są z początku do zera. Rekordzista w spłacaniu jednych pożyczek drugimi zadłużył się na około 1.5 mln. Sam przyznał, że poniosła go fantazja w biciu rekordu(!).

Idealni pożyczkobiorcy najpierw budują zaufanie, a potem utrzymują dług w ryzach. Często spłacają pożyczki nie biorąc kolejnych jakiś czas, powoli pokazują, że mogą spłacić nawet wysokie kwoty. Regularne pożyczki po 10 tys. mogą nie być problemem i nie muszą być szczególnie drogie. Warunkiem jest dotrzymywanie terminów spłat, dobra komunikacja. Uczciwość jest premiowana. I wtedy idea social lending zaczyna się realizować. A pożyczają naprawdę przedstawiciele różnych profesji i nie tylko biedni.

Co do czasu pożyczki: jeśli ktoś chce oszukać, czas umowy nie ma znaczenia. Moja statystyka wskazuje, że wysoka spłacalność jest w grupie pożyczek do około roku. Wyraźnie pogarsza się powyżej dwóch lat. Mimo to istnieją osoby udzielające pożyczek nawet na trzy lata - to specjaliści w windykacji. Jest tu pewna skokowość niż proporcjonalność ryzyka. Generalnie nie jest to czynnik o najwyższym priorytecie.

Podobnie jest z wysokością kwoty: brak stałej proporcji do ryzyka. Jednych stać na spłatę 1000 zł na m-c, innych nie stać na 100 zł. Istnieje bariera, której lepiej nie przekraczać, ale jest indywidualna.

W firmach pożyczkowych trudno o negocjacje, za to bezpośrednia relacja z klientem może być b. pomocna. Niestety, przy ograniczeniach z nowej ustawy budowanie relacji będzie po prostu zbyt kosztowne.

piątek, 30 grudnia 2016
Miałem b. interesującą dyskusję na temat: czy obecny rząd wspiera emerytów i czy ich status się poprawi? Moje stanowisko jest zdecydowanie negatywne, ale o tym za chwilę. Przytoczę też kilka liczb, które można znaleźć np. tutaj.

Argumenty ZA. Najważniejszy argument za jaki padł, to podwyżka emerytury minimalnej. Niestety, mój dyskutant zdaje się nie wiedzieć, że emerytury tej wysokości pobiera w ZUS ok 149 tys. osób (a 250 tys. mniej niż 1000zł). W skali ogółu emerytów - ponad 7 mln w ZUS - to niewielka liczba. W KRUS sytuacja jest nieco inna, bo ok. 36% emerytur jest poniżej 1000zł - czyli większe grono osób skorzysta. Jednak sumując ZUS i KRUS - mniej niż 10% osób zyska ok. 100zł. To dużo dla nich, ale czy dużo, by przeżyć? Trudno nazwać to poprawą statusu całej grupy.
Drugi argument, to podwyżka kwoty minimalnej. Argument mocno chybiony, bo osoby z emeryturą minimalną nie skorzystają na tym nic! Dopiero osoby z wypłatami poniżej minimalnej coś mogą uszczknąć. I tu zła wiadomość: takich osób jest coraz więcej. W ostatnich latach, za sprawą nowego systemu, liczba takich osób wyniosła 76 tys.
Kolejny argument to ustawa o darmowych lekach. Jest to dość szeroko dyskutowana zmiana. Moi rodzinni seniorzy stwierdzili, że nie odczuwają specjalnie ulgi z tego tytułu: albo mają leki nie objęte ustawą, albo tylko niektóre, zaś pozostałe zdrożały. W dodatku nie wszyscy skończyli 75 lat, warunek zwolnienia. Jest to na razie trudno mierzalny efekt i zdecydowanie nie satysfakcjonujący wszystkich, a raczej adresowany do wąskiej grupy.

Argumenty PRZECIW. Liczba osób, które nie mają nawet najniższej emerytury rosła i dalej będzie rosnąć. To nie rozwiązany problem, który jest pochodną licznej grupy osób pracujących na umowach lub nie pracujących wcale. Prognozuje się dalszy wzrost liczności tej grupy, nawet do kilkuset tysięcy. To nie świadczy o tym, by status średniego emeryta miał się poprawić!
Program 500+, ale i jednorazowa podwyżka płacy minimalnej wpływa i będzie wpływać na mniejszą skłonność do pracy i wyższe koszty pracy. A to napędzie, przynajmniej przejściowo, inflację i podbije ceny. Te ceny będą znośne dla pracujących, ale uderzą szczególnie mocno emerytów, którzy otrzymają mizerną podwyżkę emerytur w 2017 r. (0,75%, min. 10 zł). Inflacja uderzy w emerytów w nadchodzącym roku mocniej.
W planach jest zmiana prawa farmaceutycznego: ograniczenie liczby aptek. To oznacza ograniczenie konkurencji, co siłą rzeczy wpłynie na ceny leków. Naczelna Izba Aptekarska nie ukrywa, że chce ograniczenia konkurencji. Wydaje się, że wśród obecnej władzy zyskała lobby, które bardziej martwi się o biednych aptekarzy niż o ich klientów.
Ostatni argument, którego wiele osób w ogóle nie czuje: nowy system emerytalny, oparty o składki, w połączeniu z niższym wiekiem emerytalnym skutkować będzie o wiele niższymi wypłatami emerytur. Może to uratuje ZUS, bo na pewno nie jego klientów. To mogą być marne kwoty, rzędu 30-40% ostatniej wypłaty w pracy.

Żadna strona w dyskusji nie wysunęła argumentów o wpływie likwidacji OFE na emerytury, ale w perspektywie tego roku nie ma to znaczenia. Uważam, że likwidacja OFE spowoduje konsumpcję zasobów kosztem przyszłych emerytów.

Podsumowując: nieco lepszy status najuboższej grupy emerytów nie napawa optymizmem wobec strat, jakich doznaje większość z powodu uderzenia inflacji i niekorzystnych zmian w prawie. Moim skromnym zdaniem emeryci w długofalowej polityce są skazani na zagładę, a unicestwienie OFE nic nie pomoże, a nawet zwiększa ryzyka na przyszłość. Lata świetlne dzieli nas od krajów Skandynawii, gdzie kapitał emerytów jest namacalny, realny i napawa optymizmem. U nas ludzie wierzą w ZUS, jednocześnie unikają płacenia składek. Wkrótce dojdzie do konfrontacji z brutalną rzeczywistością.

niedziela, 25 grudnia 2016
Prorządowe media wieszczą sukcesy programu 500+ w postaci większej liczby urodzeń (o 4500) oraz ciąż (nawet 14 tys. więcej). Niestety, nawet jeśli uznać to za skutek jedynie programu (co wątpliwe), to jest to efekt niewystarczający, by utrzymać demograficzny wzrost. 10 tys. urodzeń więcej to nie jest nawet 3% w skali rocznej. Do równowagi w demografii Polski potrzeba by min. ok. 15% wzrostu.

Na Lubelszczyźnie GUS odnotował spadek liczby ludności o ok, 7,5 tys. osób. To mniej więcej tyle, ile osób mieszka w Bełżycach. A właściwie mieszkało jakiś czas temu, bo według strony http://www.polskawliczbach.pl stan Bełżyc, mimo rozwoju, spadł w ciągu 14 lat do 6629 osób o ok. 450 osób. To ok. 6% mniej. A przecież to lata demograficznie jeszcze dość łagodne w skali kraju.

Prognozy z tej samej strony mówią o dalszym kurczeniu się lubelskiego. Województwo to przez 14 lat straciło 60 tyś. mieszkańców i ma stracić dwa razy tyle w kolejnym 14-leciu. Należy więc przygotować się na to, że będzie co roku znikać 2-3 Bełżyce.

Opinie na blogu nie stanowią rekomendacji inwestycyjnej.