Z każdej strony gospodarki - osobiste opinie, nie stanowią rekomendacji do inwestycji
piątek, 02 grudnia 2016
Tanie państwo: kwota wolna od podatku nie musi być jałmużną!
Rząd i z nim PiS odbębnił kolejny sukces pt. zwiększenie kwoty wolnej od podatku. Jednak kształt zmiany i sposób jej wprowadzenia świadczą o tym, że była to zmiana iście populistyczna, nie mająca na celu pomocy autentycznym obywatelom. Dlaczego - wyjaśniam poniżej.

Przypomnijmy: wprowadzono kwotę wolną od podatku 6600 zł tylko dla najuboższych, jej wprowadzenie odczują jedynie osoby zarabiające mniej niż 11 tys. zł zaś podatnikom o dochodach powyżej 85 tys. 528 zł rocznie stopniowo kwotę się zmniejsza, aż do zera. Co jeszcze okazało się, nie zmieniono kwoty wolnej od podatku dla posłów, która wynosi ok. 30 tys. zł. Ta absurdalna dysproporcja została utrzymana argumentem Morawieckiego, że posłowie i senatorowie "mają takie samo wynagrodzenia od 20 lat" oraz "posłowie i senatorowie wykonują bardzo ciężką pracę dla nas wszystkich". Krótko mówiąc, reszta kraju to mało istotni robole.

Kłopoty są dwa. Pierwszy taki, że pod potrzebą obniżki ministerstwo zrobiło podwyżkę podatku osobom zarabiającym nawet mniej niż 2 tys. EUR, co nie stanowi nawet średniej europejskiej. Taki średni Europejczyk zapłaciłby w Polsce najwyższe podatki! Jak gonić mamy Europę, gdy państwo nam zabiera? Z czym do ludzi? Oto, jak wyglądają nasze średnie płace na tle innych krajów:

Takie opodatkowanie jest wręcz socjalistyczne. Zniechęca do wysokich jawnych dochodów, pracy.

Drugi kłopot polega na tym, że nie bardzo wiadomo kto niby miał zyskiwać na nowo wprowadzonej kwocie wolnej. Najniższa emerytura wynosić będzie 1000zł, więc do nowej kwoty wolnej się nie łapie. Płaca minimalna również nie: 2000zł. Być może prace dorywcze? Ministerstwo Finansów opublikowało szereg memów pokazujących, jak bardzo kwota wolna pomoże Polakom. Oto niektóre z nich:




Te niby-przykłady ładnie wyglądają, jak reklamy. Tyle że nie przedstawiają prawdziwych Polaków. Zdjęcia zostały zaczerpnięte z zagranicznych serwisów fotograficznych. Zobaczcie np. to zdjęcie z fotolia.com albo tutaj. Ten brodaty fotograf to niemiecki model, a fotka kosztowała kilka euro. To on zyskał na kwocie wolnej ;) Podobnie jest z innymi zdjęciami, np. to zdjęcie zrobiła Tatiana, Rosjanka. Beneficjentką kwoty wolnej stała się Rosjanka, bo nie znaleziono szybko rzeczywistego przykładu - czy to nie jakaś parodia? Same opisy zdjęć wymyślone przez Ministerstwo biją po oczach oderwaniem od rzeczywistości. Skąd fotograf ma aparat za 20 tys. zł, skoro zarabia 10 tys.? Jak utrzymują rodziny ci ludzie? Czy ktoś widział równie biednego fotografa?

Dlatego wyliczenia mówiące o 3 mln Polaków, jacy mają zyskać na kwocie wolnej, traktuję z dużą rezerwą. Może istnieje grupa emerytów, którzy nie wypracowali pełnej emerytury. Zyskają niektórzy studenci pracujący dorywczo. Ale to nie jest walka z biedą, jaką reklamuje MF. To raczej pozory. Fakty są takie: 750 tys. osób zostanie pozbawione kwoty wolnej od podatku, która wynosiła raptem 3091zł, i zapłacą większy podatek. A jak to wygląda w Europie?

Nic dziwnego, że obrazki MF stały się tematem drwin internautów, szczególnie na twitter.com.




sobota, 26 listopada 2016
Dlaczego nie zainwestuję w obligacje Braster?

Od pewnego czasu wspominam o swoim zainteresowaniu obligacjami. Dziś kilka słów o inwestycji, której... nie będzie. Chodzi o obligacje spółki Braster, planującej podbić rynek badań piersi pod kątem raka. Nowatorski produkt wzbudza dużo emocji i pobudza wyobraźnię. Niestety, nie jest to 100% pewniak.  Mógłbym wymienić wiele powodów, dla których nie kupię Braster-a, szeroko reklamowanego w sieci. Ale wystarczy jeden dobry powód. Oto on:

Braster to młoda spółka, której istnienie zależy od sukcesu produktu, którego jeszcze nie wprowadziła na rynek. Produkt ten może być sukcesem, ale może też przegrać z konkurencją. A to oznacza wysokie ryzyko. Premia za to ryzyko nie jest adekwatna.

Tak wysokie ryzyko w przypadku obligacji nie odpowiada mi. Biorę też pod uwagę okres obligacji i siłę marki, możliwości spółki. Biorę pod uwagę swój portfel - na dodatkowe ryzyko nie ma w nim już miejsca. Biorę pod uwagę inne debiuty na Catalyst, które pomimo nadziei kończyły się zbyt często niepowodzeniem. Wolę spółki z historią, niż bez niej. Takie mam doświadczenie z rynku długu: lepszy dłużnik sprawdzony niż nowy. 

Przy okazji zdradzę zasady, jakie stosuję w budowie portfela obligacji. Dla spółek, które uważam za spółki niskiego ryzyka, przeznaczam do 10% portfela. Dla spółek o średnim ryzyku (a to oznacza ciągle duże firmy o sporym doświadczeniu, zyskowne, ale np. narażone na dekoniunkturę) przeznaczam do 5% portfela. Dla mniejszych spółek o podobnym profilu stosuję ograniczenie do 4%. Dla spółek o podwyższonym ryzyku, ale dającym wciąż nadzieję na spłatę przeznaczam od 1 do 2 % portfela, przy czym wszystkie pozycje tej grupy nie zajmują więcej niż 5%. Zdarzają mi się drobne odstępstwa od tych zasad, ale nigdy nie dotyczące ostatniej grupy. 

22:44, cyfrowyja
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 listopada 2016
Czy można zaoszczędzić na mechaniku?
Wahałem się, czy pisać o osobistych wydatkach. Część z nich to trywialne, zdawałoby się, wybory. Jednak różne podejście znajomych do tych samych decyzji zachęciło mnie do poruszenia tematu, tym razem w odniesieniu do samochodu.

Spotkałem się z różnymi mitami dot. napraw i czynności obsługowych wokół auta. Jeden z nich to: "za bezpieczeństwo trzeba zapłacić". Jeśli trzeba, to pytanie ile? Wymieniając opony za 40zł nie zauważyłem żadnej różnicy z wymianą za 60zł. Jazda była tak samo bezpieczna, a tańszy warsztat oferował lepszą poczekalnię. To podobne stwierdzenie jak "płaci się za jakość" - wiele razy zapłaciłem więcej za bylejakość. Inny mit: "najlepiej zrobić w ASO". ASO w moim przypadku zawsze było opcją najdroższą,a i czasem potrafiło spartaczyć naprawę. Sporo nauczyły mnie własne błędy w wyborze sposobu rozwiązania problemu naprawy i tym chciałem się podzielić. Wiara, że większe pieniądze są w stanie rozwiązać problem szybko i skutecznie, niemal zawsze się nie sprawdzała.

Naprawy i wymiany w aucie podzieliłem na pewne kategorie.

Najprostsze: czynności kontrolne, wymiana żarówki, filtra powietrza, bezpiecznika, naładowanie akumulatora. Na pewno potrafisz je zrobić. w końcu sprawdzenie poziomu płynów czy ciśnienia powietrza to żadna filozofia. Nieco gimnastyki może wymagać wymiana żarówki czy filtra powietrza, ale wymaga tylko prostych narzędzi i nieco cierpliwości. W internecie znajdziesz na pewno szereg filmów pokazujących te czynności, możesz też obserwować mechanika. Zakup odpowiednich zamienników ułatwi Ci każdy sprzedawca w sklepie z częściami. Oszczędność to nie tylko kilka złotych na częściach, ale i czas (nie czekasz na nikogo!) oraz koszt pracy. Do tego dochodzi satysfakcja z własnych umiejętności. Po każdej wymianie możesz zrelaksować się z piwkiem (bezalkoholowym). Szybko przekonasz się, że żądania niektórych warsztatów, np. 50zł za wymianę bezpiecznika, to zdecydowana przesada. A ładowanie akumulatora, dlaczego je wymieniłem wyżej? No cóż, wcześniej czy później każdy akumulator dokonuje żywota, i warto na ten moment się przygotować. Kable ładowania mogą przydać się, by odpalić silnik łącząc go z autem (przygodnego) znajomego, a ładowarka akumulatora przyda się, gdy przypadkiem rozładujemy akumulator, zostawiając choćby światła. Kilka prostych kluczy też się przydaje.

Wymiany okresowe: oleju, filtrów, płynów, opon itp. Według zaleceń instrukcji co jakiś czas, zwykle jest to ok. roku, trzeba pewne materiały wymienić. To nic złożonego i nie ma sensu jechać do ASO w większości przypadków. Prawi każdy warsztat to potrafi, co więcej możesz użyć materiałów, które sam uznasz za najlepsze i sam kupisz. Oszczędności z tego tytułu zwykle są niewielkie, ale warto sprawdzić, czy warsztat nie naciąga nas. Spytaj, jaki olej, płyn chłodniczy, albo filtr, wkłada. Sprawdż jego cenę: oleje często są w promocjach nawet w markecie, filtry oferuje wiele sklepów. Znajdziesz, gdzie są tanie materiały i tani warsztat - skorzystasz wiele razy i oszczędności się skumulują.

Wymiany okresowe części: rozrząd, klocki itp. Również części ulegają zużyciu i tu trzeba nieco pilnować i przebiegu, i stanu auta. Przy wymianie opon łatwo można ocenić stan tarcz i klocków, zaś rozrząd wymienia się po określonych przebiegach lub okresie - sporo zależy od konstrukcji auta. Dlatego zapisuję czas każdej wymiany, prowadząc swoją "książkę" serwisową. W kwestii kosztu wymian jest spory rozjazd. Mam nieszczęście posiadać auto z paskiem rozrządu, co oznacza spory wydatek co kilka lat. Cena z warsztatów wahała się od 700 do 1100 zł. I szczerze mówiąc - nie miała związku z jakością. Aby ocenić, ile można zaoszczędzić zorientowałem się w cenach zestawów rozrządu dla swojego auta w internecie, szukając polecanych marek części. Koszt samej robocizny wahał się znacznie: od 300 do ok 500zł. Wydawało się, że rozsądne minimum to ok. 650zł. Wiele warsztatów wykona usługi z części powierzonych, inne oferują je z hurtowni, co jest wygodne. Warto porównać oba warianty: kilka telefonów pozwoliło mi niedawno zaoszczędzić min. 200zł, przy użyciu tych samych części. Ostatecznie zapłaciłem 750zł za wszystko i nie widzę powodu, by zgadzać się na wyższą cenę albo jechać do ASO. Istnieją warsztaty, które specjalizują się w konkretnych wymianach, np. klocków hamulcowych. Ich oferta na pewno będzie lepsza.

Naprawy awarii: mniej lub bardziej uciążliwych. W tym temacie również nie ma jednoznacznej odpowiedzi, gdzie jechać. Warto pogrzebać w internecie i popytać znajomych. Nie warto naprędce dokonywać po drodze naprawy: przekonałem się, że cierpliwość popłaca i usterki wymagają wnikliwego podejścia. Znowu najlepiej wykonać kilka telefonów: jeden warsztat szybko oceni, jak podejść do problemu, inny będzie ściemniać. Nikt nie ma monopolu na wiedzę, również ASO. Przekonałem się o tym, próbując poradzić sobie z unieruchomionym autem rekordowo mroźną zimą. Pierwsza myśl: ASO, może to akumulator, rozrusznik, oni ustalą. ASO spartaczyło jedno i drugie, choć auto ruszyło. Rozrusznik został poprawnie zregenerowany dopiero przez specjalizowany zakład, a akumulator musiałem wkrótce wymienić, w czym najlepszy był pan zajmujący się właśnie wymianą "z dojazdem" za dosłownie parę złotych więcej niż cena producenta. Niestety, brak doświadczenia kosztował mnie trochę.
Innym razem użerałem się z nieszczelnością układu klimatyzacji. W gorące lato warsztat z górskiej miejscowości okazał się siedliskiem oszustów. Potrzeba było dobrego diagnosty, by znaleźć nieszczelność. Znalazł ją, ale warsztat chciał mnie wkręcić w koszty kompletnego remontu za 650zł. Podziękowałem i poszukałem części na allegro. Za 90% wycieku odpowiedzialna była rurka wymieniona za 30zł, reszta układu okazało się mało istotna. I znowu cierpliwość popłacała.
Nie działające wycieraczki są bardzo uciążliwe. Mogłem je wymienić na nowe w ASO, ale zamiast tego wybrałem pochodzące z demontażu,ze szrotu na allegro. Koszt samej wymiany: 50zł - był do uniknięcia, gdybym jesienne popołudnie poświęcił na rozkręcenie podszybia. Kupione wycieraczki okazały się w dobrym stanie, działają jak nowe. W podsumowaniu: zysk względem ASO kilkaset złotych. Poświęcony czas: minimalny.
Kilka podobnych przypadków przekonało mnie, że warto podjąć ryzyko szukając rozwiązania samemu, kupując części zamienne lub używane, grzebiąc po internecie i dzwoniąc po serwisach. Warto też mieć także "swoje", sprawdzone, najlepiej pobliskie serwisy.

Awaria w drodze: ratunku!. Najgorsza możliwa okoliczność: awaria daleko od domu bez możliwości jazdy. Bo jeśli jechać się da, to naprawę usterki lepiej odłożyć. A co jeśli nie da się? Pozostaje zostawić samochód w bezpiecznym miejscu i wrócić do problemu później, albo - mając trochę czasu - szukać pomocy od razu. W jednym przypadku już ratowali mnie miejscowi, radząc warsztat godny zaufania. Przydaje się opcja "assistance" w ubezpieczeniu i w razie czego auto zastępcze, albo choć drugie auto w rodzinie, z którego można skorzystać.

Wypadek drogowy, uszkodzenia są złożone. To przypadek, gdzie ubezpieczenie i ASO przydają się, więc z nich korzystam. Sieć warsztatów ASO jest na tyle gęsta, że niemal wszędzie jest jakiś serwis, który radzi sobie ze złożonymi uszkodzeniami. To jest szczególnie cenne, gdy jesteśmy daleko, a naprawę finansuje ubezpieczyciel.

20:53, cyfrowyja
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 października 2016
Tanie państwo: dowód rejestracyjny
W kilku wpisach chciałbym nieco sobie ponarzekać na procedury administracyjne, które uważam za zbędnie i obciążające nadmiernie obywateli.

Jedną z takich procedur jest wydawanie dowodu rejestracyjnego na skutek braku miejsca na wpisy o badaniu technicznym. Badania techniczne samochody starsze niż 5 lat przechodzą co rok, zaś miejsc na wpisy jest 6. Czyli jeśli mam taki samochód, to za karę za jego posiadanie po sześciu latach jestem zmuszany wymienić dowód rejestracyjny. Jeśli mam samochód nowy, zejdzie nieco dłużej: maksymalnie 9 lat.

Właściwie nie ma żadnego uzasadnienia istnienia tych wpisów w dowodzie i wymiany. W dobie wszechobecnych środków technicznych można by przecież dokonywać wpisu w centralnej ewidencji pojazdów i z tego źródła odczytywać dane. Niestety, ewidencja nie wydaje się na to jeszcze w pełni gotowa, a prace nad systemem CEPIK 2.0 nie zakończą się w tym roku. Do końca nie jest zresztą jasne, czy wyeliminuje on procedurę manualnego przystawiania pieczątek.

Tymczasem posiadanie jednego samochodu 6 lat jest dość powszechne, zaś dowód rejestracyjny zawiera jeszcze dwie strony do wykorzystania na adnotacje urzędowe, które są wykorzystywane dość rzadko, a również mogłyby zasilić ewidencję pojazdów. Dlaczego by nie poświęcić jeszcze jednej strony na pieczątki stacji kontroli pojazdów? Albo czemu wpisów po prostu nie zmniejszyć? Na prostej zmianie ilości miejsca na pieczątki badań kontrolnych moglibyśmy zaoszczędzić miliony złotych rocznie! A ile posadek w urzędach stałoby się zbędnych...

15:45, cyfrowyja
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 października 2016
Ostrzeżenie: marketing telefoniczny wkręca klientów w straty
Całkiem niedawno money.pl opublikowało artykuł "Łowcy frajerów". Warto się z nim zapoznać, gdyż opisane metody działania i zjawisko pojawiania się takich firm jest nagminne i prędko chyba nie wygaśnie. Telefony nękające, by naciągnąć na zakup jakiś akcji, są społecznym problemem. Zaś dziennikarz wie, co pisze, bo sam się zatrudnił w takim 'byznesie'.

O tym, że artykuł opisuje realne sytuacje, łatwo się przekonać, robiąc mały rekonesans. Np. Grzegorz Zalewski, komentator rynków finansowych, sam odebrał tego typu telefon. Patrząc na komentarze pod artykułem można wychwycić kilka numerów telefonów naganiaczy, a komentarze na stronach typu czyj-numerek nie zostawiają wątpliwości. Takich numerów - ale i ostrzeżeń - jest więcej, np. na odebractelefon.pl. W sieci są także komentarze niezadowolonych 'klientów' wymieszane z głosami pozytywnymi, być może pracowników - tak jak tutaj.

Na co naciągają marketerzy? Zacznijmy od tego, że na początku na nic - oni najpierw oswajają klienta, stosują psychologiczne chwyty, by dopiero po pewnym czasie zaproponować "okazję". Obiecują złote góry, wielkie zyski i szybkie pieniądze. Często namawiają na platformy forexowe, o czym świadczą komentarze na forach, np. tutaj albo tutaj. Bardzo często platformy te nie działająw Polsce, ale zarejestrowane są w rajach podatkowych, np. na Cyprze. Nie pomagają ostrzeżenia, ani statystyki KNF: ludzie dalej topią pieniądze. A w każdym razie zdecydowana większość, bo jakieś 80%.

Kim są pracownicy wydzwaniających firm i jak się z tym czują? Zwykle to b. młodzi ludzie, nie mający ani wielkiego doświadczenia, ani wiedzy rynkowej. Wielu szybko rezygnuje, zdając sobie sprawę gdzie trafiło, a swoim doświadczeniem dzielą się na forach serwisów typu gowork.pl

Dlaczego zainteresowałem się tematem? Dlatego, że od pewnego czasu mijam pracowników jednej z takich 'firm'. Dodają sobie animuszu, mówiąc "makler", "dom maklerski", choć to kolejne kłamstwa.Charakterystyczne jest to, że młodzi ludzie, starający się elegancko ubrać, pracują w biurze bez szyldu, wstydzącej się własnej nazwy i adresu. Jeśli zadzwonią do was, spytajcie o to, jak i o nazwisko, numer licencji maklerskiej.

Charakterystyczny jest też, jak w aferze Amber Gold, kompletny bezwład prokuratury, Policji, KNF i innych służb. One zdają się czekać, aż poszkodowani zaczną tłumnie walić do drzwi. A klienci często wmawiają sobie, że byli nieostrożni, że dali się wciągnąć, że są sami sobie winni. Tymczasem żadna z firm, jakie opisane są w powyższych linkach, nie jest jeszcze na liście ostrzeżeń publicznych KNF.

20:29, cyfrowyja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 101
Opinie na blogu nie stanowią rekomendacji inwestycyjnej.